Podróżowanie jest potencjalnym zagrożeniem
środa, 03 września 2014
Jesteśmy na wolvesahead.org :)

Przypominamy, że nasz blog podrózniczy przeniósł się pod własny adres (wolvesahead.org). Tam zamieszczamy wszelkie nowe wpisy o wycieczkach i sprawach pokrewnych.

 

Do zobaczenia!!!

Karolina i Artur

wolvesahead.org

 blog podróżniczy wolvesahead.org

 

środa, 13 sierpnia 2014
Sahara Zachodnia - Guelmin, Smara i wyprawa w głąb pustyni (czerwiec 2013)

Wpis kończący relację z Projektu Graffiti 2013 już jest na naszej stronce. Zapraszamy do czytania:

 

Sahara Zachodnia - Guelmin, Smara i wyprawa w głąb pustyni (czerwiec 2013)

 

 

 

Koralina w Saharze Zachodniej rozpala ognisko na Saharze

czwartek, 03 lipca 2014
Powrót do Hassi Laouinate (30 maja 2013)

Czwartek

Po wczesnym śniadaniu żegnamy się z Fatimą i Miną. Ruszamy pędem żeby odwieźć Mahjoubę i jej koleżankę do Taskali, tak żeby zdążyły na lekcje. Udaje się nam i mamy jeszcze czas obejrzeć szkolną salę, upiększoną darami przywiezionymi przez ludzi z „Afryka Bryka”. Znajdujemy nawet kilka polskich książek z obrazkami – zabawne widzieć je tu, na pustyni, powieszone na zastepujacym pólkę z książkami sznurku. Czas ruszać. Dziś wieczorem chcemy dotrzeć do Hassi-Laouinate, co oznacza dłuższy przejazd dość trudną pistą, którą poprzednio tak bardzo odradzał nam zarówno Szeryf, jak i miejscowi. Wszyscy przestrzegają nas przed minami, ale my wiemy że pista jest przejezdna, choć nie ma jej na mapach. To dawna trasa rajdu Dakar, łączący się na południe od Tiglite ze szlakiem którym Michael Vieuchange podróżował do Smary. Trasa rajdu została rozminowana i względnie wyraźnie oznaczona i prawdopodobnie czasami podróżują nią turyści oraz wojskowi. Na wszelki wypadek zachowujemy nasze wyćwiczone zasady bezpieczeństwa: nie zbliżamy się do pagórków, uważnie odczytujemy ślady i nie zbaczamy ze szlaku. Sama pista jest w miarę szybka, z wieloma równymi połaciami gdzie mkniemy jak po autostradzie. Ma też jednak sporo miejsc gdzie musimy pełznąć po kamieniach albo gdzie próbujemy nie zakopać się w sypkim piachu. No i to ciągle Antyatlas, więc musimy czasami pokonywac górskie odcinki, gdzie trzeba ostrożnie manewrować (czasami uważając na osuwiska). Co jakiś czas (choć bardzo rzadko jak na ten rejon) widzimy w oddali pojedyncze siedliska nomadów ale na samym szlaku nikogo nie spotykamy. Mijamy też rozrzucone tu i ówdzie timulusy – niewielkie pagórki oznaczające miejsca pochówku, wywodzące się jeszcze z czasów przedislamskich. Towarzyszą im też czasami niewielkie berberskie cmentarze, z typowymi postawionymi na sztorc kamieniami – ich umiejscowienie z dala od jakichkolwiek siedzib ludzkich pozwala nam przypuszczać, że to pamiątka dawnej wojny marokańsko-algierskiej lub marokańsko-saharyjskiej.

 photo resizedDSC_6972_zps55d62e45.jpg  photo resizedDSC_6977_zpsbb51bbb1.jpg  photo resizedDSC_6980_zpse658295b.jpg  photo resizedDSC_6985_zps11842ce4.jpg  photo resizedDSC_6996_zps3dae84d1.jpg  photo resizedDSC_6999_zpsd44b7b0e.jpg  photo resizedDSC_7001_zpsf02699f9.jpg  photo resizedDSC_7008_zpsd1b042ba.jpg

W jednej z dolin trafiamy na opuszczoną oazę, gdzie kuszą nas pozostawione na szczytach drzew daktyle. Jako że żadne z nas nie jest berberską kobietą, zdolną się wspiąć na palmę, postanawiamy przeprowadzić z ziemi operację inżynieryjną...

Wyjeżdżamy z oazy bez daktyli, ale z nowymi technikami przetrwania. Po dalszych kilku godzinach, w ciągu których wiatr północno-wschodni wzmógł się niebywale, wjeżdżamy na rozległy płaski teren. Warstwa soli pod piaskiem wskazuje że na pradawne dno morskie. Jedziemy wzdłuż pasma górskiego które wydaje się jakby spowite mgłą lub dymem u podnóża. Dłuższy czas staramy się dociec, co to jest, ale nawet obserwacja przez lornetkę nie daje nam odpowiedzi. Ta nieruchoma, żółtosiwa ściana dymu wygląda zupełnie jak parująca pustynna rzeka, lub pożar trawiący szczątkową roślinność. Wreszcie nie wytrzymujemy i wbrew zasadom odbijamy od szlaku i ruszamy wprost ku górom. Przejeżdżamy tak kilka kilometrów, a ściana dymu (?) wydaje się nieruchoma i ciągle nie widzimy ognia który by go wytwarzał. Wpatrzeni w dziwne zjawisko, zatrzymujemy się jakiś kilometr od niego, wciąż nie rozumiejąc. Patrzymy tak na wprost, gdy nagle Koralina rzuca: „zamknij okna! To burza piaskowa!!!”. Patrzę w lewo i widzę, jak zbliża się do nas wielki obłok pyłu i piasku, którego nie widzieliśmy wcześniej. Nawet się nie zastanawiam: wrzucam wsteczny i bez zawracania, na pełnym gazie wycofuję auto w kierunku z którego przyjechaliśmy. Koralina w tym czasie zamyka wszystkie okna i kiedy wreszcie zatrzymujemy się, patrzymy na przetaczające się przed nami obłoki piachu, rozbijające się o ścianę gór. Tak oto powstawał „dym”, który chcieliśmy obejrzeć. Wracamy na szlak i teraz jedziemy nim, szczęśliwie trafiając pomiędzy kolejne fale burzy. Mimo to, nie sposób wysiąść z auta nawet na chwilę, nie mówiąc o otwarciu okien. Po raz kolejny przydaje się nam sprawna klimatyzacja...

 photo resizedDSC_7030_zps39f26dfc.jpg  photo resizedDSC_7037_zpsb8273eae.jpg  photo resizedDSC_7042_zps74af24d5.jpg  photo resizedDSC_7059_zps2dfaafe7.jpg  photo resizedDSC_7065_zps0bf8dc3e.jpg  photo resizedDSC_7066_zps3b672f18.jpg  photo resizedDSC_7074_zpsef9e1c23.jpg

 

Więcej jak zwykle na: wolvesahead.org 

niedziela, 22 czerwca 2014
Do Taskali (29 maja 2013)

Środa
Rankiem wracamy do Brahima i idziemy razem poszwendać się po mieście (dacie wiarę? Akurat jest suuk!). Robimy zakupy – kupujemy m.in. dorodnego arbuza z gwarancją. Z gwarancją, bo po spektakularnym (acz przypadkowym) rozbiciu o ziemię, przekupień wręcza nam nowego, bez żadnych problemów. Zdumienie budzą świeże ryby. To znaczy: zachwalane jako świeże, choć zapach wyraźnie tej świeżości przeczy. Na miód też nie dajemy się naciągnąć. Idziemy wszyscy razem wypić jeszcze coca-colę przy największej atrakcji miasteczka: niewielkim strumyku, otoczonym morzem zieleni. Ludzie czerpią stąd wodę pitną i chłodzą się, a także piorą, myją się i poją zwierzęta. All in one...
 photo resizedDSC_6877_zps6f06e3f5.jpg  photo resizedDSC_6885_zpsde972a60.jpg  photo resizedDSC_6891_zpsd4d4f55b.jpg  photo resizedDSC_6898_zps918e4d98.jpg  photo resizedDSC_6901_zpsdd5b5917.jpg  photo resizedDSC_6902_zpsb39c3871.jpg  photo resizedDSC_6913_zps1ecee4c4.jpg
Żegnamy się wylewnie z Brahimem i ruszamy w drogę. Kilka kilometrów dalej mijamy motocyklistę ze Stuttgartu, który wcześniej zignorował nas w miasteczku i zgubił się w jego uliczkach. Teraz też nas ignoruje, mimo że nie wygląda zbyt pewnie, stojąc na poboczu z mapą i rozglądając się, choć droga którą jedziemy jest w okolicy jedyną, na której jego obładowany motocykl da się utrzymać w pionie. Zostawiamy go w spokoju – może ma dosyć niemieckich turystów...
 photo resizedDSC_6917_zps9c781c7e.jpg
Spieszymy się do Taskali. Szosa, częściowo świeżo wyremontowana, wiedzie nas do samej Assy, Po drodze zatrzymujemy się mimo silnego wichru, przemieszczającego obłoki piachu, tylko po to żeby stwierdzić że... tylny zacisk znowu trzyma. W Assie naprawiają nam go mechanicy, którym cała operacja zajmuje nieco ponad kwadrans, przy czym najpierw godzinę czekamy na głównego mechanika który ocenia problem, a następnie wydaje dyspozycje swoim pomagierom. Płacimy o wiele ponad lokalne stawki... Trudno.
 Kiedy wjeżdżamy do Aouinet, staramy się przejechać miasto jak najszybciej, żeby uniknąć spotkania z szeryfem. Udaje się nam to i kiedy znajdujemy się na piście, nie widząc za sobą pogoni, oddychamy z ulgą. Znowu sprint dnem wyschniętego jeziora i po jakiejś godzinie widzimy znajomą przerwę w paśmie gór, w której znajduje się Taskala. Okazuje się że Fatima i Mina zostały zastąpione przez dwie nowe nauczycielki. Mahjouba, odważniejsza i mówiąca więcej po angielsku mówi, że jeśli chcemy się spotkać z tamtymi, musimy wrócić do Aouinet i pojechać do zupełnie innej wsi, kilkanaście kilometrów na północ. Pijemy herbatę i zastanawiamy się co robić. W końcu decyzja może być tylko jedna: pakujemy dziewczyny do auta i jedziemy do Miny i Fatimy, a jutro rano odwieziemy je do szkoły na zajęcia. W międzyczasie wokół nas gromadzi się coraz więcej dzieciaków, które chyba pamiętają pasiaste auto. Poznajemy Alishraka, syna wodza wioski – przyjechał na wakacje z miasta, gdzie chodzi do liceum. Zastanawiamy się, czy któryś z pozostałych dzieciaków będzie miał na to szanse. 

 

Więcej jak zwykle na: wolvesahead.org 

 

 photo resizedDSC_6951_zps512f5f18.jpg  photo resizedDSC_6954_zps2f6bd253.jpg  photo resizedDSC_6946_zps4bdf0c57.jpg  photo resizedDSC_6963_zpsf5ad7e5f.jpg

sobota, 21 czerwca 2014
Malunki naskalne, odwiedziny u Brahima (28 maja 2013)

Wtorek

Rankiem budzą nas wielbłądy, które wyraźnie zainteresował pasiasty przybysz z garbem na dachu. Wstajemy i ruszamy do odkrytej wczoraj „galerii obrazów”. Niestety, większość jest zatarta lub zniszczona przez insekty budujące gniazda z piaskowca. Te które widzieliśmy wczoraj, były najlepiej zachowane. Kontury zwierząt i postacie ludzi są względnie rozróżnialne, choć niektóre figury pozautosaveostają zagadkowe. Naszą uwagę przykuwają też niezliczone wzory naniesione prostym odciskiem palca oraz ciekawa „grupa” podobna jak w Hassi Laouinate (poza tym nie ma większych podobieństw między oboma stanowiskami).

 photo resizedDSC_6677_zpsc63701c8.jpg  photo resizedDSC_6687_zpscb204104.jpg  photo resizedDSC_6690_zpsd65b597e.jpg  photo resizedDSC_6691_zpsea4eca5a.jpg  photo resizedDSC_6711_zps1560bcb3.jpg  photo resizedDSC_6697_zpsb32293bd.jpg

Podobno pojedyncze stanowiska rozłożone są wzdłuż wąwozu, ale dłuższy rekonesans nic nie ujawnia, poza jaskinią zamieszkałą przez samotnego pająka i kilkoma pustymi szczelinami w skałach. Wyczerpuje się mi bateria w krótkofalówce, więc wracam do Koraliny, która w międzyczasie spenetrowała okolice pierwotnego stanowiska – z podobnym skutkiem. Decydujemy się na tym poprzestać i ruszyć dalej – czeka na nas Brahim. Po drodze spotykamy jeszcze pasterzy, których obozowisko mijaliśmy wczoraj wieczorem. Serdecznie ściskamy sobie dłonie i rozchodzimy się – oni ruszają w góry, my do auta. W dzień pista jest znacznie łatwiejsza do przejechania i po niespełna dwóch godzinach wracamy do głównego szlaku.

 photo resizedDSC_6748_zpsf628b1bb.jpg  photo resizedDSC_6751_zps51d6df69.jpg  photo resizedDSC_6759_zpsf14e4615.jpg  photo resizedDSC_6762_zpse66f57b4.jpg  photo resizedDSC_6767_zps51283751.jpg

W drodze do Foum El-Hisn zatrzymujemy się tylko kilka razy: żeby kupić chleb, zatankować (oczywiście zostawiając nalepkę na każdej stacji) i skorzystać z internetu (to ciągle ta pustynia gdzie to możliwe). Odwiedzamy też "kaskadę" w Tissint - wąwóz, którym płynie rzeka, nawadniająca pobliskie oazy. Zgromadzona w rozpadlinie, poniżej poziomu terenu zieleń wygląda jak przeniesiona z innego świata.

 photo resizedDSC_6778_zps1e6a12fd.jpg  photo resizedDSC_6811_zpse8d7f652.jpg  photo resizedDSC_6814_zps12a3ce96.jpg  photo resizedDSC_6827_zpsbcb2d748.jpg  photo resizedDSC_6828_zps67b77c1c.jpg  photo resizedDSC_6832_zpsd3894012.jpg  photo resizedDSC_6848_zps114e3b4c.jpg photo resizedDSC_6846_zps511f244b.jpg

 

 Więcej jak zwykle na: wolvesahead.org 

środa, 11 czerwca 2014
Na orzeźwienie: Syrop z kwiatów czarnego bzu (przepis!)

Lato zawitało do nas w pełni: przez ostatnie dni raczyły nas 34-stopniowe upały. Tak więc głównym tematem w myślach, niezależnie od tego, czy na rowerach przemierzaliśmy góry czy w rozgrzanym mieszkaniu czekaliśmy na chłodny wieczór, pozostawało to, jak tu sie ochłodzić. I znaleźliśmy na to sposób którym chcemy się z Wami teraz podzielić: jest to zestaw własnoręcznie przyrządzanych napojów, w których rolę główną odgrywa syrop z kwiatów czarnego bzu. Tutaj w Niemczech bardzo popularny na półkach sklepowych i targach, dopiero w zeszłe lato jednak pomysł zrobienia go samemu zaszczepiła nam znajoma Szwabka. Aż dziwne, że nigdy się z tym nie spotkaliśmy w Polsce, pomimo tego, że przepisy w internecie można z łatwością znaleźć. Składniki są dostępne wszędzie (TERAZ WŁAŚNIE KWITNIE BEZ!!!), a przygotowanie nie wymaga tak dużo pracy: zagotowujemy 1.5 litra wody z kilogramem cukru. Zerwane kwiaty czarnego bzu (dojrzałe kwiatostany z krzaków czystych od spalin, uważajcie, żeby zrywając nie obtrząsnąć wartościowego pyłku) odłożyć na trochę, żeby pozbyć się byłych krzakowych mieszkańców. Obciąć co grubsze gałązki, przełożyć do słoja, miski lub garnka I zalać gorącym syropem. Dodać soku z 1 cytryny i jedną pokrojoną cytrynę (mnie wystraczył sok cytrynowy, to naturalny konserwant), ostudzić i odstawić do lodówki na jakieś 3 dni, od czasu do czasu mieszając. Kiedy syrop się “naciągnie” należy go dobrze przecedzić, zagotować i gorący przelać do wyparzonych wcześniej butelek. Powinien złapać od razu, ja dodatkowo zamknięte butelki wstawiam na pół godziny do piecyka w 100 stopniach.

A teraz przepisy na orzeźwiające napoje:

1) gazowana woda z lodem, syropem z bzu i cytryną

2) Piwo z gazowaną wodą (przeważnie pół na pół), syropem z bzu i ewentualnie sokiem z cytryny (taki nasz Radler :))

3) Lemoniada z syropu, wody gazowanej i imbiru w proszku (kolejność dodawania składników ważna, butelkę zamkamy szczelnie i chlodzimy w lodówce)

 Syrop z czarnego bzu

Gotowe! Powodzenia i dobrego orzeźwienia!

(więcej jak zwykle na wolvesahead.org)

wtorek, 03 czerwca 2014
Sahara, pustynny spacer i pierwsze malunki (27 maja 2013)

Zapomnieliśmy napisać o Holendrach. To ciekawe starsze małżeństwo, które biwakuje zaraz za palmą. Przyjechali do Zagory czerwonym kamperem, a że wybrali droge pistą, wyboje dały się im we znaki i teraz od dwóch dni nie opuszczają kempingu. Kurują się też po innych doświadczeniach: choćby próbie kradzieży lamp samochodowych przez dzieci w Atlasie. Z podróżnych perypetii o których nam opowiedzieli, najciekawsza wydała się nam jednak historia o tym jak podczas pieszej wędrówki przez Meksyk ktoś ukradł im wszystkie ubrania podczas nagiej kąpieli w oceanie...
Po śniadaniu żegnamy się z obsługa kempingu i opuszczamy Zagorę, załatwiając po drodze kilka drobnych spraw.
Kiedy stajemy przy pustoszejącym suuku i chcemy kupić melony, sprzedawcy oferuja nam je za drobne 100 Euro/sztuka. Wyśmiewamy ich i kiedy próbują jednak negocjować cenę, my już nie słuchamy i ruszamy znaną już dobrze drogą. Wczorajszy wieczór dał nam sporo do myślenia.
Nie dajemy się ponurości, wiemy że po raz wtóry przekraczamy znaną nam granicę: wrota pustyni. Już powoli kończy się asfalt, a zaczynają tarki i zwykły szuter: Maroko intensywnie rozbudowuje infrastrukturę, więc niedługo i pista do El-Mhamid stanie się normalną drogą. Tymczasem jednak mkniemy po wybojach, mijając po drodze wracające z plantacji ciężarówki. Ciężarówki znaczą swoją drogę skorupami melonów, które raz po raz z nich spadają. 1000 dirhamów sztuka...
 photo resizedDSC_6577_zpsc35ce6d7.jpg  photo resizedDSC_6581_zps0ddc64fc.jpg  photo resizedDSC_6585_zpsa45612ff.jpg  photo resizedDSC_6596_zpscd678d04.jpg  photo resizedDSC_6606_zps7e50111f.jpg  photo resizedDSC_6628_zpsb14c50c7.jpg  photo resizedDSC_6636_zps289bedfb.jpg  photo resizedDSC_6656_zps928eed83.jpg  photo resizedDSC_6667_zps1f281895.jpg
Jedziemy w kierunku lokacji o której istnieniu dotychczas nie mieliśmy pojęcia. To malunki, podobne do tych jakie znamy z Hassi Laouinate, czyli również z rejonu Tindoufu. Jednocześnie tworzone przez lokalny lud pasterski, jakby na zasadzie kopiowania wzorców podpatrzonych u sąsiadów. Wiemy że aby do nich dotrzeć musimy przekroczyć góry, wobec czego nastawiamy się na krótki spacer, z mapy wynika jakieś 3km w jedną stronę od miejsca gdzie planujemy zostawić samochód. Sam dojazd tam sprawia problem: raz po raz musimy przekraczać w poprzek zdradliwe ouedy, które wydają się stworzone po to, żeby zakopać się w ich piaszczystym podłożu, przebić oponę na jednym z krzewów bądź urwać koło na którymś ze sprytnie ukrytych głazów, gdy akurat trzeba przygazować. Sporo czasu zajmuje nam, nim znajdujemy miejsce z którego będzie nam najłatwiej dojść. Po drodze nie znaleźliśmy żadnej ścieżki, więc zostaje nam marsz przełajowy. Tylko my, piasek, kamienie i dwa wielbłądy sunące wolno wzdłuż gór. Do zmierzchu mamy jakieś pięć godzin, więc dość. Zabieramy z auta po trzy litry wody na głowę i ruszamy. Temperatura powietrza to 40 stopni.
Wędrówka, który wydawała nam się nieco trudniejszym spacerem, okazuje się jednak trudniejsza niż sądziliśmy. Mimo doświadczenia w spacerach po hamadzie, tutaj musimy wkładać sporo wysiłku w stąpanie po kolejnych głazach, przekraczanie rozpadlin i ciągłe wspinanie. Szybko się męczymy – po pewnym czasie co kilka kroków musimy odpoczywać w cieniu większych skał. Po jakichś dwóch godzinach mozołu, kiedy zbliżamy się dopiero do szczytu pasma, orientujemy się że się przeliczyliśmy: zarówno w tempie marszu, jak i prawdopodobnie w odległości do celu, którego położenie znamy tylko orientacyjnie. Zaczyna nam też powoli brakować wody. Zaciskamy zęby, idziemy jeszcze kawałek, ale dochodzi że to bez sensu. Podejmujemy ważną decyzję: zawracamy. Dochodzimy do auta zmęczeni i zdając sobie sprawę że przechadzka była jednak złym pomysłem. Analizujemy jeszcze raz mapę i dostrzegamy że kilkanaście kilometrów dalej jest wąski przesmyk między górami, którym może prowadzić pista. Postanawiamy to sprawdzić – i kiedy dojeżdżamy do tamtego miejsca, okazuje się że trafiliśmy w samo sendo. Trudna, górska pista rzeczywiście przeprowadza nas na drugą stronę, na płaskowyż na którym u podnóża jednego ze wzniesień ma znajdować się nasz cel. Zmierzcha już, żeby zdążyć przed zmrokiem spieszymy się, co jednak już po kilku minutach okazuje się złą strategią, ze względu na ostre, niespodziewane zakręty lub wyboje na których Szczypior wzbija się do lotu. W napotkanym obozowisku nomadów upewniamy się co do kierunku i dojeżdżamy na miejsce kiedy dookoła jest już szaro. Zabieramy z auta sprzęt fotograficzny i ruszamy. Zgadujemy: wybieramy drogę w lewo, wzdłuż doliny. Tutaj na szczęście idzie się znacznie przyjemniej niż przeprawiając przez góry. Po przejściu około półtora kilometra, dostrzegamy studnię więc intuicja mówi nam że jesteśmy prawie na miejscu . Zmrok zapada niemal zupełnie, wiemy że nie zrobimy już zdjęć. Z wolna zbliżamy się do półotwartej groty, utworzonej przez skalny nawis i kilka głazów. Zapalmy latarki i omiatamy nimi sufit i ściany. W kręgu światła zaczynami rozróżniać niewyraźne kształty i zniszczone przez czas barwy. Zmęczeni, uśmiechamy się, gdy nagle dobiega nas z wiatrem daleki odgłos alarmu samochodowego. Naszego alarmu...

 photo resizedDSC_6663_zps954649fe.jpg

 Więcej jak zwykle na: wolvesahead.org  

poniedziałek, 02 czerwca 2014
Zapraszamy do odwiedzenia nas na facebooku! :)

Tych którzy posiadają konto na FB, zapraszamy do polubienia naszego teamu:

http://www.facebook.com/projectgraffiti

 

W ten sposób możemy lepiej dotrzeć do potencjalnych sponsorów!

 

Z góry dziękujemy! 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12